Atlantic Trip część I – czyli wschodnie wybrzeże USA


,Decyzja o tym, jak zaplanować ten trip, nie należała do najłatwiejszych. O ile w przypadku zachodniego wybrzeża, nie mieliśmy wątpliwości, o tyle tutaj boksowaliśmy się z ostatecznym planem. Dlaczego ? Road Trip zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych,to zazwyczaj trasa Los Angeles – San Fransisco. Można oczywiście pokonać drogę tylko w jedną stronę. Lądujesz w LA. Autem wzdłuż wybrzeża i wracasz do kraju z SF. Problem w takich lotach polega zawsze na cenie takiej przyjemności. Najtańsze loty są zawsze w obie strony. W tym przypadku lądujesz w LA i wracasz z LA ( lub lecisz do SF i wracasz z SF). Biorąc pod uwagę dłuższy czas wynajmu auta i paliwo ( które jest bardzo tanie w USA), nadal bardziej opłaca się jechać autem wzdłuż wybrzeża i później wracać do Los Angeles, żeby wyruszyć na lotnisko. Podobny schemat zastosowaliśmy podczas Kolorado Tripu. Znaleźliśmy tańsze bilety do Los Angeles, więc stamtąd wyruszyliśmy w stronę Las Vegas, Arizony i Utah. Później powrót do LA i do domu. Przy odrobinie, szczęścia Trip można zaplanować z lotem do Vegas i powrotem z Vegas, co zaoszczędza sporo czasu i drogi ( pod warunkiem, że widziałeś/łaś już Los Angeles, lub nie jest to miasto w obszarze Twoich zainteresowań). Czemu więc mieliśmy dylemat jak zaplanować Atlantic Trip ? Wschodnie wybrzeże nie oferuje tyle atrakcji co zachodnie ( z naszego punktu widzenia). W zasadzie od połowy trasy nie dzieje się nic interesującego i spokojnie można sobie darować Road Trip. Na zachodnim wybrzeżu, możesz zatrzymywać się w nieskończoność i nie zobaczysz “wszystkiego”. Dlatego droga powrotna z San Fransisco do Los Angeles, nadal należała do naszych Wielkich Amerykańskich Wakacji, bo nadrabialiśmy to, czego nie zobaczyliśmy kierując się na północ. Pierwsza trasa Atlantic Tripu była skonstruowana tak, że udajemy się autem z Nowego Jorku do Key West i wracamy autem do Nowego Jorku. Rozkładając to na dni i biorąc pod uwagę miejsca jakie chcemy zobaczyć – nie starczyłoby nam czasu, a duża część trasy polegałaby tylko na bezwiednej jeździe. Plan runął, więc zaczęliśmy kombinować inaczej. Finalnie znaleźliśmy opcję wypożyczenia auta w Nowym Jorku i oddania go w Miami ( bez dodatkowych opłat). To otworzyło drogę do poszukiwań lotu powrotnego – krajowego, z Miami do Nowego Jorku i do domu. Tak oto powstał plan : Lot z Warszawy do Nowego Jorku. Autem do Key West. Następnie do Miami i oddanie auta. Lot z Miami do Nowego Jorku i powrót do domu. Finansowo byliśmy na plusie, porównując z prostym planem – Lot do Nowego Jorku – autem do Key West – lot z Miami do Polski. Skomplikowane, prawda ? Cały plan podróży trzeba zawsze uszyć pod siebie. Gdybyśmy zdecydowali się na jeden długi USA trip, plan wyglądałby inaczej. Dla nas priorytetem jest względna oszczędność i plan szybkiego powrotu do USA. Znamy jednak masę osób, które podróż do Stanów zaliczają podczas jednego, długiego wyjazdu i nie dzielą go na mniejsze wycieczki. Wszystko więc zależy od potrzeb.

Brooklyn Bridge, NY

Dzień 1

Jesteśmy w Nowym Jorku. Euforia szczęścia. Mój 3 raz w tym mieście. Drugi Dawida i pierwszy Filipa. Wielka radość. Nie bez przyczyny o tym wspominam. Pisząc o pobycie w Nowym Jorku należałoby wspomnieć o Empire State Building, 5 Alei, Wall Street, Time Square, Little Italy, China Town, czy 9/11 Memorial Museum. Ale to wszystko nie wydarzy się w tym wpisie, ani podczas naszego pobytu w NY, z prostej przyczyny – te miejsca odwiedziliśmy już z Dawidem wcześniej. Powiem więcej, cieszyłam się, że możemy BYĆ miastem, a nie tylko zwiedzać miasto. To ogromna radość móc być z Nowym Jorkiem, według własnych reguł. Nie gnać do następnych punktów, które trzeba odwiedzić. Ale o tym wszystkim skrobnę osobny wpis…Tymczasem pierwszy przystanek o świcie pada na Brooklyn Bridge. Most, który łączy Manhattan z Brooklynem. Most legenda. Most, z którego można podziwiać panoramę Manhattanu. To miejsce odwiedzone przeze mnie po raz trzeci. Nie odpuszczam, bo chciałabym go zobaczyć z różnych perspektyw. Tym razem o wschodzie słońca, bez żadnego turysty na moście (!). To była zdecydowanie ta ” najpiękniejsza” odsłona Brooklyn Bridge.

Jest to jeden z najstarszych mostów wiszących na świecie, a przy jego budowie zginęło 27 osób. Ciekawostką jest, że nie został przetestowany w ruchu aerodynamicznym, w razie silnych wiatrów, a mimo to, ani na chwilę nie zawiódł konstruktorów, podczas gdy inne mosty potrafiły ucierpieć. Jest wybudowany w stylu neogotyckim i cała jego konstrukcja jest bezdyskusyjną perłą Nowego Jorku. Leniwie udaliśmy się na śniadanie i obserwowaliśmy budzący się do życia Nowy Jork ( jeśli on w ogóle musi się “budzić”). Biegacze, kolejki po kawę, poranna prasa przed pracą. Pierwszy posiłek, pierwsze nieodebrane połączenia. Lubicie obserwować ludzi ? Bo ja bardzo! A największą radość sprawia mi to za granicą, bo chcę stać się na chwilę Nowojorczykiem czy Hiszpanem, a do tego muszę się wczuć w wystukiwany rytm miasta. Nadchodziła fala upałów, a to doskonały moment na rejs statkiem po East River. Wybór jest bardzo duży. Miałam już okazję płynąć darmowym promem, a tym razem padło na NYC Ferry za kilka dolarów. Wybraliśmy linię od Wall Street Pier 11, do Saoundview Classon Point. To niesamowite przeżycie i moim zdaniem absolutny Must Have w okresie wiosna-lato-jesień. Rejs jest bardzo tanią opcją, zobaczenia perły Nowego Jorku, czyli wyspy z odległości.

Koniecznością jest również odwiedzenie jakiegokolwiek nowojorskiego parku. Jest ich cała masa i nie warto postawić całego czasu na Central Park. Wystarczy 30 minut. Koktajl lub kawa, w typowo nowojorskim parku. Czy Central Park nie jest nowojorski ? Jest ! Ale jest również szalenie turystyczny, a prawda jest taka, że dopiero w parkach typu Bryant, Washington czy Madison, odnajdziesz ducha miasta.

Udało nam się dotrzeć na Interpid, czyli na lotniskowiec zacumowany na rzece Hudson, z czasów II wojny światowej. Z pokładu rozciąga się widok na środkowy Manhattan. Cena biletów – 24$, dzieci do 7 lat za free. Krótko mówiąc – nie ma porównania do lotniskowca w San Diego USS Midway. Widzieliśmy jeden i drugi i zdecydowanie wróciłabym na ten w San Diego. Interpid robi wrażenie, ale jest uboższą wersją USS Midaway. Jego absolutną zaletą jest widok na Manhattan, ale poza tym nie oferuje niczego bardziej spektakularnego, niż ten kalifornijski. Nie oznacza to, że nie jest wart zobaczenia ! Jest po stokroć, ale porównanie robi swoje !

Tego dnia nie zabrakło również randki z Central Parkiem. Jako szczęściarze, którzy zwiedzili park wzdłuż i wszerz, mogliśmy się skupić na dotarciu do konkretnego miejsca. Wybraliśmy Sheep Meadow, miejsce, które należy do cichej części parku. Leżakowaliśmy, jedliśmy i zwyczajnie cieszyliśmy się miejscem. Central Park to jednak wiele ważnych i pięknych miejsc i o tym na pewno w osobnym wpisie!

Dzień 2

Witamy w Atlantic City. Miasto nazywane “Vegas wschodu”. Dziś kojarzy się głównie z hazardem, ale budowane było z myślą o ośrodku wypoczynkowym ( hazard – wypoczynek, może to to samo ?) Najbardziej znaną i historyczną częścią miasta jest promenada. Wybudowana w 1870 roku, jest najstarszą konstrukcją tego typu w USA. Cała historia miasta jest bardzo ciekawa i samo wrażenie opuszczenia i podupadania aglomeracji skłania nie tylko do refleksji, ale też do poszukiwania odpowiedzi na pytanie ” Dlaczego?”. Jako, że już czuję, że mogłabym z tego zrobić osobny wpis, postaram się napisać zwięźle i na temat. W czasach wielkiego rozwoju Filadelfii, Atlantic City stał się sypialnią tego miasta. Stworzone na potrzeby rekreacji zaczęło zmieniać swoje pierwotne założenia. W czasach prohibicji, Atlantic City przymykał oko na nielegalny handel alkoholem, dlatego zyskiwał na popularności. Z czasem niestety, mieszkańcy zaczęli wyruszać na południe, w stronę Florydy. Tu zaczął się pierwszy kryzys. Na pomoc przyszła ustawa o zalegalizowaniu hazardu. Miasto stało się mekką kasyn na wschodnim wybrzeżu. Donald Trump otworzył tu 4 z nich. Miasto nie przetrwało kryzysu i nigdy nie zbliżyło się do sukcesu Vegas. Zainteresowanie Atlantic City spadało. Wszystkie kasyna Trumpa zostały zamknięte. Ostatnie z nich w 2009 roku. Największy kryzys padł na rok 2014 kiedy zamknięto 4 z 12 kasyn, co wiązało się ze zwolnieniem 8 tys ludzi. W 2015 roku bezrobocie w mieście sięgnęło ponad 12%. I w zasadzie taki obraz maluje się przy poznawaniu Atlantic City. Czy to oznacza, że nie warto go zobaczyć ? Wręcz przeciwnie! Atmosfera w AC jest niepowtarzalna. Opuszczone budynki, kasyna. Brudna elewacja na najpiękniejszych niegdyś mekkach hazardowych. Niewielu turystów. Nie da się tego jednoznacznie opisać, ale fakt jest taki, że miasto jest unikatowe. Oprócz wspomnianej promenady warto zapuścić się w miasto, bo zobaczysz piękne, nadmorskie, wypieszczone domki szeregowe, obok opuszczonych molochów. Do dziś funkcjonują monumentalne kasyna, które warto zobaczyć – Caesars Casino czy Borgota. Poza tym Atlantic City to również plaża i Atlantyk, gdzie można zwyczajnie odpocząć.

Następny punkt to Filadelfia. Nasza kolejna miłość i nie pytajcie dlaczego, bo takich rzeczy nie da się wytłumaczyć. To piąte co do wielkości miasto w USA i dawna stolica państwa. Filadelfia to przede wszystkim Benjamin Franklin, ustanowienie Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych. To też historia epiedemi febry na jej obszarze ( zabiła 10% populacji miasta), czy mafii i zorganizowanej przestępczości w latach 20. To kultowe schody Rockyego, będące tylko wejściem do dużo ważniejszej części – czyli Muzeum Sztuki. To stare miasto, które po prostu trzeba zobaczyć, bo jest całym sercem tego miejsca. Elfreth’s Alley – uliczka z 300 letnią tradycją, która przenosi do XVII wieku. Kto jej nie zobaczył, nie widział Filadelfii 🙂 To również piękny zabytkowy ratusz City Hall i Independence Park ( podpisano tu Deklarację Niepodległości). Niestety podczas naszego pobytu park był już zamknięty i mogliśmy podziwiać to miejsce z odległości. Miasto ma swój nieprzeciętny urok. Gromadzi mieszkańców na wieczorne popijanie winka w knajpach, studentów na polegiwanie na trawie. Wszystko tu było na TAK. Mam nadzieje, że wrócimy tu jeszcze wiele razy.

Dzień 3

Miało być tak pięknie, czyli Waszyngton. To będzie krótki opis, bo niestety nie ma czego opisywać. Dzień spędziliśmy w większości na spotkaniu ze służbami bezpieczeństwa w Langley. Zamarzyło się ekipie Crazytravelbag, znaleźć jak najbliżej agencji wywiadowczych. Trafiło na dostępny dla turystów Park. Jak się okazało nie spodobaliśmy się ochronie i policji, więc pół dnia spędziliśmy na wyjaśnieniach i opisie naszego pobytu, na zmianę z przeżywaniem całej sytuacji. Do tego doszły potworne ulewy w Waszyngtonie, które kompletnie nie pozwoliły nam na zwiedzanie miasta. W zasadzie jedyne miejsce jakie odwiedziliśmy to Kapitol i Pomnik Waszyngtona, ale nawet tu zabrakło zdjęcia, ze względu na pogodę. Całą resztę podziwialiśmy z poziomu auta.., więc trudno mi się odnieść do pytania, czy widzieliśmy Biały Dom. Niby tak, niby nie. Czas nie poprawiał sytuacji i pogoda zamiast sie polepszać to się pogarszała. Musieliśmy niestety opuścić Waszyngton i szukać szczęścia gdzie indziej a droga zapowiadała się długa.

Dzień 4

Witamy w raju ! W raju bez małego “ale”, czyli w Hilton Head Island. Jest miastem położonym w Karolinie Południowej i oddalony od Waszyngtonu o 925 km. Jak się domyślacie, wykonaliśmy ogromny challenge w przeskoku do tego miejsca, w tak krótkim czasie. Hilton Head to 19 km plaży, więc jest w czym wybierać. Jest to ulubione miejsce bogatych Amerykanów. Mają tu swoje strefy z dostępem do jachtów i przystani, a wszystko jest strzeżone szlabanami i płatnym wjazdem dla turystów. Ta opłata jest zrozumiała. Tak naprawdę to kompromis. Władze miasta nie oddały na wyłączność najbardziej malowniczej części wyspy – ludziom, którzy zamieszkują ten teren, więc mimo ograniczeń, można dostać się na takie osiedle, przestrzegając jednak pewnych zasad. Wyspa charakteryzuje się wszechobecnymi rowerami i to chyba najlepszy wybór na jej zwiedzanie. Do tego jest bardzo zadbana i czysta. Można przebierać w ofercie hoteli, rejsów, restauracji. Tu jedliśmy pierwszy pyszny posiłek na Atlantic Tripie, i to tu pierwszy raz poczuliśmy się jak na wakacjach. Plaża i woda były idealne do kąpieli z maluchem – najlepsze ze wszystkich miejsc podczas tej wycieczki. Przede wszystkim delikatne, piaszczyste podłoże w oceanie, szerokie plaże i niezbyt strome wejście do wody. Spokojnie mogę powiedzieć, że na HH Filip kąpał się i szalał najdłużej. Do tego trzeba dodać malownicze knajpki, sklepiki z pamiątkami, niesamowita roślinność, a w niej Spanish Moss, czyli oplątwa brodaczkowa, która oplata drzewa, a występuje głównie w klimacie tropikalnym. Na Hilton Head możesz spotkać żółwie czy aligatory i nie jest to rzadkość. Wystarczy mieć więcej szczęścia lub zwyczajnie dłużej zabalować na wyspie i prawdopodobieństwo takiego doświadczenia ogromnie wzrasta. To jest cudowne miejsce, którego nie można zignorować podróżując po wschodnim wybrzeżu.

Dzień 5

Dojeżdzamy do Orlando i realizujemy następne marzenie, czyli zwiedzanie Kennedy Space Center. Zacznijmy może od tego, że dojazd w to miejsce przysporzył nam trochę kłopotów, a Dawidowi to się nie zdarza. Nie byliśmy jednak jedyni, bo przy różnych wjazdach i zjazdach, otrzymywaliśmy mapkę, jak prawidłowo dojechać do NASA. Te mapy musiały być przygotowane nie bez przyczyny. GPS kierował nas inaczej a znaki pokazywały inaczej ( przy czym znaki tez były niejednoznaczne). Nie wiem czy taka sytuacja wystąpiła tylko u nas, ale na wszelki wypadek zalecam wcześniejsze przestudiowanie zjazdów do Kennedy Space Center. O tym miejscu można pisać i pisać, a post jest o całym naszym Tripie, więc znów, muszę określić priorytety w opowieści. Zacznijmy od rzeczy oczywistych, czyli od odpowiedzi na pytanie ” Czy warto?”. Warto! Zwiedzanie mogę podzielić na dwie części, i to od Ciebie zależy czy z obu skorzystasz, lub jaką kolejność wolisz. Jedna część to kompleks multimedialny, restauracyjny, pokazowy. I druga to wycieczka busem po obszarze NASA. Ja nastawiłam się na rozpoczęcie przygody od wycieczki autobusem. Stanie w kolejkach na Florydzie, przy rekordowych temperaturach, z małym dzieckiem, to jest jednak nie lada wyczyn, ale na szczęście w miarę sprawnie zarządzany. Czytałam różne opracowania i obecnie wycieczka po NASA nie obejmuje wyjścia z autobusu. Oznacza to tyle, że przewodnik i kierowca jednocześnie zatrzymuje się przy różnych punktach i opowiada o konkretnych miejscach, budynkach, historycznych momentach. Sama forma opowieści, multimedialny przekaz w autobusie i niezła klima dają uczucie ulgi i odprężenia. Nie miałam wątpliwości, że wcale nie chcę wysiadać z tego autobusu. A tak całkiem poważnie, to ten przejazd jest według mnie całą esencją Kennedy Space Center. To tu działy się te wszystkie niesamowite historie, badania, próby. Powstawały ogromne platformy i konstrukcje. To była dla mnie, ta najprawdziwsza i najbardziej historyczna część tej wycieczki. Obszar NASA to ponad 500 m kwadratowych, ale oczywiście sam przejazd trwa 40 minut i jest mocno zawężony do najważniejszych punktów. Autokar zatrzymuje się również przy pawilonie Apollo i wyprawy na Księżyc. Po jego zwiedzeniu, łapiesz następny autobus i wracasz do centrum, które mieści się przy wjeździe i wyjeździe. Tutaj czeka na Ciebie pawilon z promem kosmicznym Atlatis , budynek poświęcony astronautom, imax, Rocket Garden.

Trudno powiedzieć co zrobiło na mnie największe wrażenie. Czytając różne opracowania, na każdym robi wrażenie co innego. Dla mnie zobaczenie wyrzutni startowej podczas przejazdu busem, było ogromnym przeżyciem, dla kogoś innego show z zobaczeniem promu Atlatis. I tu chwilkę sie zatrzymam. Zanim zobaczysz prom Atlatis, uczestniczysz w prezentacji startu wahadłowca, po czym kurtyna unosi się do góry i …voila ! Było to rzeczywiście imponujące widowisko, ale żeby nie było tak słodko, uważam ,że przydałoby się polepszyć jakość prezentacji. Miała ona na celu przeniesienie uczestnika w głąb wahadłowca i uczestnictwa w starcie. Od razu pomyślałam o dobrym kinie i jakości jaką mogliby ulepszyć dla zwiększenia efektu. Wydaje mi się, że jeszcze 7-8 lat temu była to najlepsza dostępna technologia, ale dziś te standardy się szybko zmieniają, a Kennedy Space Center za nimi nie podążył. Z tego względu uważam, że prezentacja traci ( rozumiem, jak ktoś zarzuci moje czepialstwo, ale to była moja pierwsza myśl, a do ” jakości” oglądanych filmów przykładamy z Dawidem dużą wagę).

Inne niesamowite rzeczy, to postęp wyglądu skafandra astronauty na przestrzeni lat i jego prezentacja w gablotach. Oczywiście rakieta Saturn V, czy zbiornik na paliwo przy startach wahadłowców. Można wymieniać bez końca. Do takich chwil, które szczególnie wryły mi się w pamięć, należała lekcja z podboju Księżyca w pomieszczeniu zaprojektowanym na kształt centrum kontroli lotów. Na ekranie – start rakiety i emocje, które udzielają się wszystkim uczestnikom.

Czy był jakiś zawód ? Nie. O zawodzie mówić nie można, jednak niektóre klimaty show do mnie nie przemawiały. Może zwyczajnie chodzi o to, że niektóre rzeczy wymagały dla mnie odrobinę więcej gustu i smaku w ich obrazowaniu. Momentami było aż zbyt ” amerykańsko”, a za mało “profesjonalnie”. A z drugiej strony przemawia chyba przeze mnie jakaś Polskość. Tymczasem to była cała Ameryka !