Kolorado Trip w 10 dni – część II


Dzień 6

Z Monument Valley przyszedł czas na drogę w stronę Arches National Park. Znajdujemy jakiś motelik blisko i zacieramy ręce na myśl o wschodzie słońca na Mesa Arch, w parku Canyonlands. Wstajemy bardzo wcześnie, z nadzieją, że chmury nie przykryją wschodu. Nie odnajdujemy zbyt wielu oznaczeń. Nie jesteśmy jedyni na drodze, więc sugerujemy się trasą innych aut i wszyscy zgodnie stajemy u progu wzniesienia, z oznaczoną ścieżką. Droga jest bardzo prosta.

Poranek jest rześki i nie ma żadnego problemu z niesieniem Filipa w wytyczonym kierunku. Na miejscu już jest grupka fotografów ze statywami i całym sprzętem. Zastaje nas podniosła cisza i oczekiwanie na wschód. To raczej nie turyści, a profesjonaliści, którzy zarabiają na określonych zdjęciach. Turystów było kilku, więc nie było mowy o tłumach i ścisku. Szczerze mówiąc, spodziewaliśmy się przepychanek i braku odpowiedniej atmosfery do cieszenia się widokami. O takich wrażeniach czytaliśmy w różnych opracowniach, i znowu myślę, że to kwestia ” bycia nie w sezonie”. Ten maj dał nam dużo pięknych wrażeń z wyjazdu i dużą swobodę w poruszaniu się po różnych miejscach. Mesa Arch jest ukryta nad krawędzią 300 metrowego klifu. Dojście zajęło nam 15 minut, od drogi Grand View Point Road ( na tej drodze musisz zaparkować auto i udać się w stronę Mesa Arch).

Grand View Point Road

Na czym polega jej fenomen? Przede wszystkim wschodzące słońce odbija swoją czerwień we wnętrzu łuku, co daje niesamowity efekt. Po drugie sam łuk, jest niejako oknem na cały park Canyonlands i nisamowite góry La Sal Mountains. W tym miejscu wszystko jest punktem widokowym. Kolory jakie nadaje wschód słońca są niepowtarzalne. Czuliśmy się jak w zaczarowanej krainie. Z premedytacją kręciłam jak największą ilość filmów, żeby można było się przekonać, że zdjęcia są 100% odzwierciedleniem tego co widzieliśmy na własne oczy.

Wracamy w stronę miasta Moab i udajemy się na pyszną jajecznicę.

Moab

Stąd mamy rzut beretem do Arches National Park. Jest to absolutnie wyjątkowe, że nie widzieliśmy dwóch podobnych do siebie parków, mimo, że niektóre są w niewielkiej odległości od siebie ( jak na Stany ). Każdy z nich ma swój klimat, swoją strukturę, swoje punkty szczególne. Swój niepowtarzalny urok i zupełnie inną historię powstania. Kiedy czytałam jak powstały formacje skalne w Arches, to oniemiałam, bo to wyższa szkoła jazdy. Tak wiele zjawisk się na to złożyło, że opisywanie tego nie ma sensu, ale za to jest dowodem na to, że jest on cudem natury, powstałym przez ponad 150 milionów lat. Teren ten był zamieszkany przez Indian Anasazi i pozostawili po sobie różnorodne ryty skalne. To co wyróżnia Arches to bogactwo łuków skalnych ( tzw okien) i smukłych wieży o różnych kształtach. Ten kto myśli, że w upale, z 14 miesięcznym dzieckiem, zobaczyliśmy cały park – jest w błędzie. Jako, że większość parków w Stanach, możesz przejechać autem, więc jest to ogromne ułatwienie dla rodzin z dziećmi. Możesz udać się od punktu do punktu, ale nadal czeka Cię wspinaczka do miejsca docelowego. Zobaczyliśmy tyle, na ile pozwolił nasz bohater Filip, ale z każdego miejsca wyjeżdzaliśmy z poczuciem, że mogliśmy ” więcej”. Dawid był moim buforem bezpieczeństwa i spokoju i powtarzał zawsze ” Myszko, ale my tu jeszcze wrócimy”.

Dzień 7

Przed nami długa droga do Bryce Canyon. Z tego wszystkiego wjeżdzamy w zimną strefę, a nawet napotykamy na śnieg. To znak, że oddaliśmy się już znacznie od gorących kanionów Arches.

Jesteśmy chorzy i po przebojach w centrach medycznych. Humory nam dopisują, Filip jest bardzo dzielny, ale siły już nie te. Bryce Canyon postanawiamy zwiedzić wyłącznie podjeżdzając pod konkretne punkty widokowe. Nie spacerujemy zbyt długo, nie szukamy ” nieznanego”. I teraz nie wiem, czy z tego wzgledu ten kanion nie należał do naszych ulubionych, czy zwyczajnie wydawał nam się mniej spektakularny niż inne. A może już zbyt wiele pięknego widzieliśmy na swojej drodze i oczekiwania wzrastały ? Niesamowicie ciekawe jest to jak te formacje powstały. Ich wygląd jest absolutnie odbiegający od wszystkiego, co napotkasz w innych parkach, a to właśnie jest efektem historii powstawania tych skał. Przede wszystkim na tym obszarze, przez 200 dni w roku, temperatura w ciągu jednej doby zmienia się diametralnie. Od wysokiej, po niską. Teraz wyobraź sobie, że woda dostaje się przez różne szczeliny na obszarze tych formacji. Raz zamarza, raz odpływa. Tworzą się duże naprężenia. Skały pękają tworząc różne formy i kształty. Tak po krótce i najłatwiej można wytłumaczyć ich powstanie. W moim odczuciu, to jeden z lepszych parków do zejścia w jego głąb i odbycia prawdziwego Trial’u ! Na jego drodze napotkasz masę łuków, słupków skalnych, wąwozów i szczelin. Taka wycieczka była nam nie pisana i może dlatego, nie mieliśmy czasu na silne zauroczenie.

Dzień 8

Dojeżdzamy do Zion National Park i od razu ciągnie nas do siebie. Nie wiem jak to się dzieje, że mamy z Dawidem ( w sekundę), takie same wrażenia, już po przekroczeniu kilkuset metrów parków czy kanionów. W Zion już na wstępie ustaliliśmy, że trzeba tu wrócić na dłużej. Poruszaliśmy się najpiękniejszą drogą Zion Canyon Scenic Drive, gdzie zaczyna się Twoja przygoda z otwieraniem buzi w zachwytach.

Wyobraź sobie, że patrzysz na ogromną górę, stromą do potęgi, a w jej środku przebiega tunel, po którym przemieszczasz się zwiedzając park. Nigdy w życiu nie przeżyłam czegoś bardziej nieprawdopodobnego. W tunelu nie możesz się zatrzymać ( co oczywiste), ale co jakiś czas napotykasz okno bezpieczeństwa i Twoim oczom ukazuje się cała gigantyczna otchłań kanionu. A Ty jesteś w środku tej góry ! Góry, z której w innym przypadku, nigdy nie mogłbyś podziwiać krajobrazu, bo jej stopień nachylenia wyklucza wspinaczkę dla przeciętnego turysty.

Kropił deszcz, czasami padało, czasami wyszło słońce. Raz ciepło, raz zimno. Żadne niedogodności nie wpłyneły na nasze zauroczenie. Te widoki onieśmielają. Park słynie z 800 metrowego wąwozu, rzek i wodospadów. Możesz tu biwakować na dziko i całkowicie oddać się naturze ( płatne pozwolenie), albo korzystać z pól namiotowych czy kempingów. To tu widzieliśmy rodziców schodzących z gór z jednym dzieckiem za rękę i drugim na plecach, w strugach deszczu i w pampersie. Amerykanie, którzy kochają piesze wędrówki po górach, przyjeżdzają tu na wakacje, zabierają kempingi, klamoty i rozkładają się na wiele tygodni. Podobnie jak w Wielkim Kanionie, panuje tu domowa atmosfera. Dosłownie jakby wszyscy byli tu mieszkańcami i tworzyli wspólnotę. Z tą różnicą, że nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to miejsce wybierane jest głównie przez miłośników wycieczek górskich, profesjonalistów i pasjonatów.

Powoli zbieramy się w stronę Las Vegas ( ponownie). Dochodzimy do wniosku, że przyda nam się szalona noc w mieście grzechu. Zmieniamy plany i rezerwujemy jeszcze jedną noc w Vegas. Priorytetem jest basen, dobre jedzenie i duże łóżko.

Po drodze odwiedzamy moje malutkie marzenie podróżnicze, czyli mało popularny Park Valley of Fire. Kiedy przygotowywaliśmy się do podróży, na naszej liście było wiele punktów. Zaglądaliśmy do google, sprawdzaliśmy czy to coś dla nas. Czasami skreślaliśmy jakieś miejsca, a czasami stawialiśmy wykrzyknik. Valley of fire był na mojej liście MUST.

To mały park, nie jest odwiedzany licznie przez turystów. W zasadzie po Wielkim Kanionie, czy Zion Park – trudno dostać tu objawienia. Każdy szuka jednak czegoś innego. Wybraliśmy to miejsce ze względu na klimat. Kręte drogi, niskie, ale finezyjne formacje skalne. |Długa droga po horyzont. I znowu alegoria podróżnicza. Odniesienie. Klamra w tej podróży. Dolina Ognia, mieści się w Nevadzie i jest najstarszym i największym parkiem w tym stanie. Nazwę zawdzięcza ognisto czerwonym skałom. To co ją wyróżnia, to pustynny charakter parku, kaktusy i takie zwięrzęta jak kojoty czy żółwie, które ją zamieszkują. Ten klimat poczuli również twórcy takich filmów jak Transformers czy Start Trek, kręcąc na jej obszarze klatki do filmu.

Wieczorem dojeżdzamy do Las Vegas i oddajemy się typowo wakacyjnym przyjemnościom.

Dzień 9

Po śniadaniu w Las Vegas, ruszamy w stronę Los Angeles. W planie ghost Town – Rhyolite ( zdecydownie mój faworyt, ale o miastach duchach napiszę kiedyś osobny wpis) i Dolina Śmierci czyli Death Valley.

Czy warto?

Może zacznijmy od tego, że Dolina Śmierci jest depresją, a na jej obszarze znajduje się najniżej położony punkt w Ameryce Północnej. Jest to najbardziej suche miejsce Ameryki i jedno z nakgorętszych miejsc na ziemi (!) Rekordowa temperatura na świecie wystąpiła właśnie na jej obszarze – 56,7 stopnia C !W lecie na ziemi w Death Valley, możesz smażyć jajka, ponieważ rozgrzewa się nawet do 100 stopni. Wilgotność to około 1%. Czy teraz czujesz ciężar tego miejsca ? Jeśli tak, to wyobraź sobie ” zwiedzanie” doliny. Wysiadasz z auta i mimowolnie opadasz z sił. Krótko wędrówka na wydmy jest wyzwaniem, a jeszcze niedawno robiliśmy kilometry wzdłuż Wielkiego Kanionu. Mimo, że samo miejsce i duży obszar wokół niego robi wrażenie ( takiej pustki, braku życia i wyobcowania możesz nie poczuć już nigdzie indziej), to zwyczajnie chcemy stąd wyjechać. I tu zaczyna się historia, ponieważ nie wyjedziesz stąd szybko. Droga do Los Angeles to niekończąca się historia. Jedziesz przez bezkres pustki, jak w amerykańskim thrillerze. Modlisz się, żeby opona nie pękła, żeby paliwa starczyło, a w głowie przypominasz sobie zielone palmy Los Angeles. Czeka nas jeszcze 350km. Tyle tylko, że nie jedziemy autostradą, a poczucie bezpieczeństwa wzrasta dopiero jak jesteśmy 200-250km od Death Valley. Zaczyna się wielkomiejski szum i odprężenie.

Mimo, że w tamtym momencie chciałam jak najszybciej dojechać do LA, to dziś wspominam to jako jedną z ciekawszych przygód. Bycie rodzicem to niekończące wyobrażenia o niebezpieczeństwie. Z tego względu nie chcieliśmy, żeby cokolwiek przytrafiło nam się pośrodku niczego, gdzie o zasięgu nie było mowy. Jechaliśmy według tego co pokazywały znaki, mijaliśmy zagotowane samochody, które czekały na pomoc i zwyczajnie chcieliśmy wjechać do naszej prywatnej strefy bezpieczeństwa. Nie zmienia to faktu, że to właśnie na tej drodze widzieliśmy piruety powietrzne, samolotów bojowych – amerykańskich sił powietrznych. To na tej drodze poczuliśmy, co to znaczy być kropką na mapie. Jak bardzo można ucieszyć się ze zdezelowanej toalety ( ale jednak !) na jednej jedynej na 100 kilometrów stacji paliw. Jeśli mówimy o Kolorado Tripie, to ta trasa była jego esencją i łyżką dziegciu jednocześnie.

Dzień 10

Nocleg w Los Angeles znaleźliśmy na dwie godziny przed przyjazdem i okazał się strzałem w 10. Nie mogło zabraknąć przywitania i pożegnania ze wzgórzami Hollywood. Leniwym spacerem po mieście i obiadem na GoodBye America.

Podczas żadnego z naszych tripów nie osiągnęliśmy pełnego zadowolenia. Ani razu nie mieliśmy dość. Zawsze jest nam mało. Zawsze dobrze. Pięknie i razem.

Ludzie mówią, że jak przejdzie się wspólną organizację wesela, czy budowę domu, to już przejdzie się wszystko. A ja myślę, że naszym sprawdzianem są zawsze tak intensywne Tripy z maluchem. A ponieważ zawsze nas to łączy, a nie dzieli, to zwyczajnie potrzebujemy ich, jak spragnieni wody na pustyni.