Atlantic Trip część II – czyli wschodnie wybrzeże USA


Dzień 6

Z Orlando do Miami, dzielą nas 4 h drogi. Jesteśmy bardzo ciekawi, czy Miami zrobi na nas wrażenie. Nie zmiennie kojarzy mi się z drogimi furami, pięknymi kobietami…no jednym słowem z Policjantami z Miami ! Dawid jako fan motoryzacji, szybko stwierdza, że miasto jest jego. Można zawiesić oko na rzadkich modelach aut. Co jakiś czas budził mnie w nocy ,pisk palonych opon na ulicach miasta, mimo to wybraliśmy genialny hotel, który był esencją miasta. Widok na Atlantyk w połączeniu z drapaczami chmur. Robi wrażenie. Gapiliśmy się przez gigantyczne okno cały wieczór, z winkiem w ręku, z pizzą na podłodze. Wtedy myślisz sobie, że nie da się lepiej zainwestować pieniędzy. Podróże to najbardziej wybitna forma rozwoju. Kropka.

Miami przyniosło nam pogodę w kratkę. Raz słońce, raz deszcz. Tak czy inaczej, z grubsza zaliczyliśmy interesujące nas miejsca. Chociaż nie ukrywam, że plan na Miami – to był odpoczynek i spacer, a nie zaliczanie atrakcji. Jesteśmy już po długim Road Tripie i baterie chcemy naładować słońcem. Trudno przeoczyć część biznesową miasta i to na pewno punkt, który odwiedzi każdy.Czy to największa atrakcja miasta ? Nie. Uwielbiam zatoki z łódkami, jachtami i katamaranami, a takich nie brakuje w Miami. Bay Marketplace jest idealny na spokojny spacer, kawę w kawiarni i relaksik w słoneczku. Miami stanowi jeden z największych portów w USA, więc jest na co popatrzeć. Gigantyczne hotelowe statki – Disney Cruise Line czy Carnival. Miami to oczywiście plaże i jedna z najsławniejszych Miami South Beach. Prawdę mówiąc lepiej wygląda z góry i na zdjęciach, niż z poziomu plaży. Spodziewałam się czegoś więcej, a całe piękno zdjęć, skupia się na widoku z góry, lub na jednym konkretnym miejscu, gdzie wieżowce łączą się z plażą. Obowiązkowym punktem jest Ocean drive. To niby zwykła promenada przy plaży, ale tętni życiem, gwarem, jedzeniem, śmiechem i słońcem. Można zjeść obiadek i popatrzeć na ocean. Niestety jak się domyślacie jest zawalona ludźmi, a czekanie w kolejce z maluchem, to nie jest nasza ulubiona zabawa. Przeszliśmy po deptaku i to wystarczy, żeby wczuć się w klimat. Odwiedziliśmy też Bayfront Park, miejsce do odpoczynku z dziećmi i punkt rozrywkowy Miami. Polecam również spróbować przejażdżki darmową kolejką Metromover. Nam nie udało się do niej dotrzeć, podobnie jak do Wynwood Walls, czyli tej części Miami, która jest bardzo bogata w artystyczne graffiti. Jak to się stało ? Skoro to było miejsce, na które czekałam ? Zwyczajnie zgubiłam kartkę z punktami do odwiedzania i te miejsca wyleciały mi z głowy. Ale zmieniając tak szybko miejsca i miasta, można się pogubić 🙂 Ciekowostką jest, że miasto ( jako jedyne w USA), zostało założone przez kobietę, a w 2008 roku zostało uznane za najczystsze miasto w USA i ta tendencja jest widoczna na pierwszy rzut oka. Jest schludnie, czysto. Miami oferuje całą plejadę sportów wodnych, wycieczek, w tym rejsów po Bahama. Jest również nazywane światową stolicą żeglarstwa – i rzeczywiście nie sposób przeoczyć przystani, żaglówek i wycieczkowców. Miami – jesteśmy na TAK 🙂

Dzień 7

Park Everglades i spotkanie z aligatorami!

Nie mogłam się doczekać, żeby podzielić się z Wami całą masą PRZEciekawych rzeczy odnośnie aligatorów ! Ta wycieczka obfitowała w tak interesujące fakty, że mogę je nazwać wodotryskami informacyjnymi. I nadeszła ta ogromna przyjemność, żeby się z Wami podzielić tą wiedzą.

Zacznijmy od tego, że Park Everglades to ponad 6 tys km kwadratowych, więc mamy do czynienia z powierzchnią, której nie da się ” zwiedzić” i nie o to tu chodzi ! Everglades to największy park z lasem namorzynowym na półkuli północnej. Dobra, dobra, ale co to znaczy ? Najprościej można powiedzieć, że to taki ” las na płytkiej wodzie”, bo głebokość maksymalna to nie więcej niż metr. Sprzyja rozrodowi ptaków brodzących i jest ich kultowym miejscem. Kiedy płyniesz przez wody Everglades, masz wrażenie, że to mokradła, bagna…a tymczasem to bardzo wolno płynąca rzeka, a w zasadzie system rzek ( 30 metrów na dobę). Od 1979 roku wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Znajduje się tutaj aż 36 gatunków zagrożonych, a park jest praktycznie nie zmieniony przez człowieka. Można pozazdrościć zwierzętom, że mogą bytować w tym miejscu. Musimy też pamiętać, że dobro Parku, równa się dobru południowej części Florydy. Everglades zaopatruje w wodę cały ten obszar !

A teraz najważniejszy bohater, czyli aligator. Różne opracowania podają różne informację odnośnie różnic – krokodyl vs aligator. Najbardziej zauważalną różnicą jest język. U krokodyla język jest integralną częścią jamy ustnej, co znaczy, że ” nie odstaje”, a u aligatora tak. Następna różnica to zęby. U krokodyla zobaczysz zęby przy zamkniętym pysku, a u aligatora nie ( mimo, że aligator ma ich więcej). Z reguły też krokodyle są większe i bardziej drapieżne. Największą ciekawostką był dla mnie fakt, że aligator nie atakuje pod wodą, co oznacza, że płynąc pod wodą jesteśmy bezpieczni. Aligator może połknąć zbyt dużą ilość wody przy ataku i (uwaga!) utonąć. Unika też ataku od przodu, właśnie ze względu na możliwość połknięcia wody. Robi to więc zwykle bokiem szczęki. Nasz niezastąpiony przewodnik i kapitan uspokajał nas, że zwierzęta te nie są tak drapieżne jak sobie to wyobrażamy. W pierwszej chwili aligatory uciekają i generalnie unikają ludzi. Nie oznacza to, że można brodzić w rzekach Everglades ( na jej obszarze znajdują się również jadowite węże). Oznacza to tyle, że taka wycieczka łodzią, nie należy do jakiś szczególnie niebezpiecznych. Muszę jednak przyznać, że szybkość przemieszczania się na łodzi, huk temu towarzyszący, mogą wywołać różne reakcje u dzieci. Może dziwnie to zabrzmi, ale Filip tak jakby nam ” zaufał”. Takie miałam wrażenie patrząc na jego minę. Zerknął na nas. Nie zawsze mu się podobało, choć mogę to stwierdzić tylko na podstawie niuansów, ponieważ ani razu nie zaprotestował. Sam uderzający w twarz wiatr, mógł być dla niego nie przyjemny. Trzeba do tego dodać, że za bezpieczeństwo dziecka odpowiadasz sam. Musisz trzymać malucha, asekurować, pilnować. Jedyne zabezpieczenie to kamizelka i słuchawki, których Filip i tak nie chciał założyć. Decyzja należy do rodziców małych pociech. Dla nas wyprawa była szczególna. Absolutnie wyjątkowa. Mieliśmy duże szczęście do kapitana i przewodnika. Spotkaliśmy kilka aligatorów na swojej drodze. A co najważniejsze, widzieliśmy je w swoim naturalnym środowisku ! W wymarzonym rezerwacie biosfery. Jest niezliczona ilość firm organizujących wycieczki po wodach Everglades, w poszukiwaniu aligatorów. Trudno mi stwierdzić jakie są różnice, plus i minusy. My korzystaliśmy z airboatineverglades.com i byliśmy bardzo zadowoleni.

Dzień 8

Everglades to jakieś 60-70 km od Miami, w stronę Key West, więc po namorzynowych przygodach, ruszamy przez Ocean – do amerykańskich Bahama. Owiana bajecznym klimatem droga, biegnąca do tej rajskiej wyspy,okazała się nie aż tak rajska. Wyobrażam sobie jak pięknie to wygląda z góry, ale większość trasy to wysokie, betonowe zapory, które skutecznie utrudniają oglądanie Atlantyku. Oczywiście miniesz masę pięknych, małych wysepek : Key Largo, Tavernier, Islamorada itd, ale te piękne widoki, to będą tylko nieliczne chwile na całej tej drodze. Powtórzę się – to nie kalifornijska Highway 1, która obfituje w prawdziwe perły ! Mimo to, była to najpiękniejsza część trasy Atlantic Tripu, i pewnie najbardziej wyczekiwana. Sam wjazd na wyspę to prawdziwa petarda. Twoim oczom ukazują się bajeczne, gęste i soczyste palmy, białe domki, przystanie. Całkowicie inny świat. I mimo, że nie mówimy tu o podróży z Alaski do Key West ( bo przecież wciąż wjeżdżamy ze słonecznej Florydy ), to i tak różnica klimatu i roślinności jest gigantyczna. Pierwsze zdania, jakie wypowiadamy w tym miejscu – to ” Zostajemy tu na zawsze”. Nasz hotel nie spełnił naszych oczekiwań, tylko dał dużo więcej niż się spodziewaliśmy ( o hotelach, miejscówkach, zaskoczeniach, plusach i minusach w innym poście). Key West to najbardziej wysunięty punkt USA, więc sam fakt, że byliśmy w takim miejscu – cieszy. Oprócz wszystkich turystycznych uniesień, trzeba pamiętać, że Key West to historyczna baza Marynarki Wojennej USA, a obecnie straży przybrzeżnej. Znajduje się tu również baza wojskowa lotnictwa morskiego – Naval Air Station Key West. Inne charakterystyczne cechy Key West to dom rodzinny Ernesta Hemingwaya. Przyznam się, że nie czytałam żadnej jego książki, dlatego obecność w jego muzeum podczas 1,5 dnia na wyspie ,nie była naszym priorytetem. Nie zmienia to faktu, że zgłębiłam jego historię, podczas pobytu na KW. Dla fanów Hemingwaya – Key West to prawdziwa gratka z życia pisarza. W jego domu ( będącego równocześnie muzeum), przebywają koty, skrupulatnie rozmnażane od pierwszych kotów Hemingwaya. Turyści mają do nich dostęp, chociaż różne organizacje sprzeciwiały się takim praktykom, zaznaczając, że koty te powinny być otoczone szczególną opieką – bez kontaktu z turystami.

Wyspa ma ok 6,5 km długości i 3,2 km szerokości. Nie trzeba wielkich przewodników, żeby przejść ją wzdłuż i wszerz 🙂 Bardzo charakterystyczną rzeczą są wszędobylskie kury, biegające wolno. Na bardziej spostrzegawczych czekają papugi na drzewach i gałęziach. Key West jest nasiąknięta kubańskim klimatem. Nie bez znaczenia ma fakt, że dzieli ją od Kuby zaledwie 170 km. Wyspa jest i była miejscem migracji Kubańczyków. Do tego stopnia, że nawet połowa wyspy była przez nich zamieszkana, a burmistrzami, nie rzadko stawali się Kubańczycy. Dzięki temu jesteś w Stanach, ale jedną stopą na Kubie. Możesz raczyć się kubańską kuchnią, kupić kubańskie cygara, słuchać ich muzyki i chłonąć ducha sąsiedniego kraju. To bardzo fajne przeżycie i dzięki temu Key West posiada wartość dodaną. Atrakcji na wyspie nie brakuje, począwszy od muzeów, skończywszy na sportach wodnych, wycieczkach, rejsach i wielu innych. Ponieważ wyspa jest niewielka, więc trudno przeoczyć większość kultowych miejsc. Nie można nie wspomnieć o plażach, których do wyboru jest nie wiele. To na pewno ogromne zaskoczenie na wyspie i zachodzę w głowę, dlaczego na żadnym blogu podróżniczym nie mogę doczytać takich informacji. Plaże Key West w większości są sztuczne, tzn stworzone pod turystów. Masz do wyboru dwie opcje. Albo wybierzesz hotel z prywatną plażą, która jest zaprojektowana specjalnie dla Ciebie, albo wybierzesz się na plażę przy parku Fort Zachary. To w zasadzie jedyne miejsce, gdzie za niewielką opłatą ( parking), możesz wypocząć przy Atlantaku, w pięknych okolicznościach przyrody. Reszta plaż, jest albo przeciętna, albo wręcz brzydka i nijak nie pasująca do wyspy. Dodatkowo musisz się nastawić na kamieniste podłoże w oceanie i strome, szybkie spadki w wodzie. To nie plaże Seszeli, z kilometrową drogą wodną do kostek, białym, drobnym piaskiem. Oczywiście nie zmienia to faktu, że Key West jest wyjątkowym miejscem na mapie USA. No i widzieliśmy tutaj najpiękniejszy zachód słońca w naszym życiu ( a tych zachodów mamy za sobą już wiele). Kończąc opowieść o wyspie, muszę dodać, że Key West rok rocznie jest atakowane przez huragany. Dla tubylców to zwykłe” burze”. Są z huraganami za pan brat i nie widzą w tym zjawisku nic nadzwyczajnego. Jak powiedziała nam jedna dziewczyna z obsługi hotelowej : ” Proszę nie oglądać telewizji. Zobaczy Pani faceta w wodzie do szyi, a za nim będzie jechała kobieta na rowerze. Tak wyglądają nasze ‘straszne’ huragany”.

Dzień 9

Nowy Jorku ! Dzień dobry ! Przylecieliśmy prosto z lotniska w Miami do Nowego Jorku, z dwóch powodów. Pierwszym i ( dla mnie najważniejszym), było pożegnanie z miastem. Drugim, był lot do Polski. Zanim jednak pożegnamy się z Atlantic Tripem ruszamy w miasto. Było tak pięknie. Tak idealnie. Nie mogłam prosić o więcej. Pogoda była wręcz idealna do poruszania się po mieście. Wiosenna a nie letnia. Nie duszna i nie męcząca. To nam dało zielone światło do wykorzystania każdej minuty w NY. W planie START – Brooklyn i sławne DUMBO ( skrót od Down Under the Manhattan Bridge Overpass). Co się kryje pod tą nazwą? Dumbo to brukowane uliczki ukryte miedzy Manhattan Bridge a Brooklyn Bridge. LittleTownShoes napisała ” Jeżeli miałabym tylko jeden dzień w Nowym Jorku, to przeszłabym się po Moście Brooklyńskim, na lunch w Dumbo, a wieczorem podziwiałabym zachód słońca na High Line” ( czy mnie też kiedyś będzie ktoś cytował ?:) ). Dumbo jest o tyle genialne, że oprócz swojego loftowego charakteru, daje możliwość podziwiania dwóch mostów i z bliska i z daleka oraz całego Manhattanu. Sam spacer między jednym mostem a drugim, to po prostu nowojorskie marzenie. Najpierw jesteś pod Manhattan Bridge, później podziwiasz panoramę Manhattanu, aż dochodzisz do Brooklyn Bridge. Po drodze możesz poleżeć na trawie, zaczekać na wschód lub zachód słońca. Nie wiem jak to opisać. To jest zwyczajnie mistyczne przeżycie ( być może dla takiego freaka jak ja). Zachęcam wszystkich do wycieczki na Brooklyn – a przynajmniej do Dumbo, jesli czas nie pozwala na więcej. Spędziliśmy tu dobre pół dnia i to był najlepszy wybór – pozostać tu do zachodu słońca.

Dzień 10

Że niby dziś lecimy do Polski ? Ale jest cały dzień na Nowy Jork, więc nie ma mowy o siedzeniu na walizkach. Zaczęliśmy od Greenwich Village, czyli jednej z droższych dzielnic Manhattanu i jednocześnie miejsca zamieszkania Carrie z Sexu w wielkim mieście. Jestem wariatką, bo jest tyle cudownych miejsc w NY, a mnie tu za każdym razem coś ciągnie. Zwykłe drzwi. Zwykła kamienica. A jednak nie ma mowy, żebyśmy się tędy nie przespacerowali. W końcu muszę Filipowi pokazać to ( ważne dla mnie) miejsce. Jako wierna fanka, mogłabym startować w konkursie znajomości poszczególnych sezonów SATC, więc wybaczcie, ale choroba nie wybiera. Stamtąd udaliśmy się do Parku Waszyngtona. Po pierwsze nigdy w nim nie byliśmy, bo parków w NY jest cała masa i za każdym razem wybieram jeden nowy, który trzeba odwiedzić. Wiedzieliśmy, że jest strefa dla dzieci i zgodnie z przewidywaniami, Filip bawił się wyśmienicie, wśród dzieci w różnym wieku ( głównie z nianiami przy boku). Charakterystycznym miejscem parku jest Washington Square Arch i szachownica na drodze, która zachęca do podobnych aktywności. Ciakawostką jest, że cała masa parków w Nowym Jorku była kiedyś cmentarzami. W samym Washington Square Park jest zakopanych ponad 20 tys ciał. Następnym naszym punktem w NY jest Nowojorska Biblioteka Publiczna, którą ( o zgrozo!) odwiedziłam pierwszy raz. Dlaczego warto ? Oh ! Tyle można by pisać na jej temat. Zacznijmy od tego, że wstęp jest bezpłatny! Bibliotekę założył prawnik, a sama historia biblioteki powala ! Zmarły gubernator NY, z niebagatelnym spadkiem 6 milionów dolarów, zażyczył sobie w testamencie stworzenie publicznej biblioteki dostępnej dla wszystkich Nowojorczyków, we wczesnych i późnych godzinach. Jak to w życiu – testament został zakwestionowany przez bliskich gubernatora i z biegiem czasu zaczął się rozpływać. Założyciele innych bibliotek w NY stworzyli fundację New York Public Library , na rzecz powstania wymarzonej biblioteki. Władze NY udostępniły ( za darmo!) miejsce dla biblioteki, a zgromadzone środki pozwoliły wznieść ten cudowny gmach. Historia jest znacznie dłuższa i może kiedyś powstanie osobny post na jej temat 🙂 Główna czytelnia The Rose Room znajduje się na 3 piętrze i jest niewiele mniejsza od boiska futbolowego. Regały unoszą 30 tys tytułów a główne księgozbiory, znajdują się pod czytelnia. Same półki mają w sumie 142 km ! Wypożyczyć książkę może mieszkaniec Nowego Jorku, natomiast z czytelni może skorzystać każdy, po wcześniejszej rejestracji. Bez rejestracji można skorzystać z sali do pracy. Możesz wejść prosto z ulicy i czytać, uczyć się, czy kończyć jakieś swoje zadania. W budynku znajdują się też indywidualne czytelnie dla naukowców. Mogą się ubiegać o stypendium, jeśli ich praca będzie wyjątkowo interesująca ( do 4 miesięcy wypłacane 1 tys dolarów, i długoterminowe 70 tys dolarów na 9 miesięcy). Super ciekawostką jest fakt, że od 1987 roku w Bibliotece mieszka Kubuś Puchatek i jego przyjaciele. Oryginale zabawki, które stały się inspiracją dla A.Milne do napisania sławnej powieści – zamieszkują New York Public Library. Biblioteka jest moją nieskończoną miłością z kilku względów. Jest przepiękną, mistyczna, a jednocześnie ultra dostępna dla ludzi. To nie jest miejsce dla wybrańców, a dla każdego. Odwiedzając bibliotekę, sam zobaczysz siedzących na podłodze, krzesłach ludzi, którzy zajmują się przeróżnymi rzeczami. Dokładnie tak jak z filmów, kiedy Nowojorczycy odwiedzają bibliotekę , w poszukiwaniu różnych informacji – ot tak, z miejsca i bez problemów. New York Public Library posiada ponad 50 milionów zbiorów. Jest 3 największą biblioteką na świecie. Przekonałam Cie, żeby ją odwiedzić?

Nieopodal znajduje się Grand Central Terminal i tam też udajemy się i tym razem. Jego pierwotnym założeniem były podróże do odległych stanów. Tak było w dawnych latach 1913 i później. Obecnie dworzec jest głównym punktem dojazdu osób pracujących, a nie podróżujących po kraju. Jest to największy dworzec na świecie (!). W jego posiadaniu jest aż 44 perony – 67 torów, a cała powierzchnia to 19 hektarów. W 2013 roku przypadała setna rocznica dworca. Z tej okazji niektóre z dworcowych restauracji i punktów usługowych powróciły do cen z 1903 roku. Chleb kosztował 6 centów , a krewetki 19 centów 🙂 Czas odjazdu pociągów różni się o 1 minutę, w stosunku do rzeczywistego czasu. To ukłon w stronę spóźnialskich 🙂 Grand Central Terminal jest przepieknym miejscem na mapie Nowego Jorku i punktem obowiązkowym, podczas zwiedzania miasta 🙂 Resztę popołudnia spędziliśmy spacerując wzdłuż wieżowców Foxa i trafiając ( nie przypadkowo) do jednego z punktu New York Fire Department, które organizuje darmowe pokazy dla dzieci i naukę obsługi z ogniem. Cała przygoda była darmowa. Filip otrzymał swój plastikowy kask, kilka przyborów i malowankę. To niezwykłe miejsce, skupiające swoją energię na edukacji najmniejszych.

Chciałoby się napisać więcej. O każdej atrakcji kilka stron. Dzielić się z Wami każdą najmniejsza chwilą, radością, przygodą. Zawalić Was informacjami i ciekawostkami…ale nie wiem czy blog by to wytrzymał. Starałam się podać najciekawsze informacje o miejscach, które zrobiły na nas największe wrażenie. Mam nadzieje, że kapka wiedzy zostanie z Wami na długo, a niektóre miejsca wpiszecie na swoją listę marzeń. Tymczasem pozostaje w głęboki przekonaniu, że uda mi się stworzyć osobne wpisy o naszych ulubionych miejscach. Opisując każdy dzień, byłam tam na nowo. Oczy świeciły się do komputera. Znowu przeżyłam Atlantic Trip. Za to Wam bardzo dziękuję, bo dzięki Wam jest taka mobilizacja do podsumowań.

Każdy z 3 tripów był wyjątkowy i nie ma możliwości, żebym mogła określić, który był naszym ulubionym. Przyjdzie jednak czas na podsumowania i porównania, które może ułatwią Wam planowanie wycieczek po Stanach. Stany są w moim sercu niezmiennie i cokolwiek dobrego i złego mnie tam spotyka, znaczenie ma tylko fakt, że uwielbiam odkrywać Amerykę. Trudno mi sie “przesiąść” na zwiedzanie innej części świata, bo moje serce jeszcze nie jest wypełnione amerykańską przygodą. Chcę więcej i więcej. Chciałabym zobaczyć każdy stan i wracać do miejsc, które zrobiły na nas największe wrażenie. Można nie lubić Amerykanów, nie przepadać za ich kuchnią, nie tolerować polityki zagranicznej. Ale nie można odmówić Stanom wyjątkowych miejsc, i bogatej przyrody. Bo jeśli o czymś można powiedzieć ” Takie rzeczy NIE TYLKO w Stanach”, to znajdę dużo innych, o których powiem ” Takie rzeczy TYLKO w Stanach”.

I dla tych ” TYLKO” chce się tam ciągle wracać.